Premiera 5.09. – Najważniejsze to przeżyć – wywiad

Walczyć czy nie? Przeżyć, czy… żyć? Nie ma prostych odpowiedzi. O książce „Najważniejsze to przeżyć”, ukazującej wyjątkową, powojenną warszawską codzienność, rozmawiamy z Ałbeną Grabowską.

„Najważniejsze to przeżyć” to książka nawiązująca do wojny, ale akcja jednak dzieje się po jej zakończeniu. Czy można powiedzieć, że jest to powieść obyczajowa o niecodziennym… życiu codziennym?

Właściwie, to prawda. Jest to powieść obyczajowa, ale istnieje tu płynna granica między końcem wojny, a początkiem tak zwanej wolności. Już dzisiaj wiemy, że nic nie dźwiga się z ruin w jedną chwilę. Potrzeba czasu, żeby wszystko odbudować. Najłatwiej odbudowuje się budynki, natomiast to, co jest istotą, czyli to co jest domem, rodziną, to co było w tych budynkach, a to co nigdy nie wróci, odbudowuje się znacznie trudniej. O tym jest ta książka. Czy wystarczy tylko przeżyć i później po prostu wszystko odbudować, czy to tak nie działa…

W książce mamy przedstawione kilka punktów widzenia. Jest perspektywa 12-letniej Mirki, wchodzącej w dorosłość Tereski i dorosłych rodziców. Dlaczego postanowiła pani przedstawić tę historię widzianą oczami różnych osób?

Chcę opowiadać obiektywnie. Zawsze perspektywa jednego człowieka jest perspektywą skrajnie subiektywną, natomiast kiedy pozwoli się mówić ludziom na różnych poziomach życia, doświadczenia emocji, to ta perspektywa robi się ogólna i bardzo ciekawa. Inaczej widzi pewne zdarzenia trzynastolatka, która dopiero wchodzi w życie, a inaczej jej matka, która właściwie pierwsza zadaje sobie pytanie, czy rzeczywiście najważniejsze to przeżyć czy jednak chodzi o to jak rodzina będzie żyła dalej z takim bagażem doświadczeń. Zupełnie inną perspektywę ma ojciec, który prawie wcale nie opowiada o sobie, ale wyraża siebie za pośrednictwem historii pacjentów, których przyjmuje i którzy właściwie opowiadają mu o tym co przeszli. On je przefiltrowuje, z rzadka tylko dokładając jakieś własne sądy, własne opinie i przeżycia. Wydawało mi się to zabiegiem po pierwsze budującym narrację, po drugie w pewien sposób ją urozmaicającym, a po trzecie chodziło mi właśnie o kwestie obiektywności, która zawsze jest najważniejsza w opowiadaniu.

Czy jest to zatem pewna strategia, aby dotrzeć do jak największej grupy odbiorców, żeby każdy czytelnik mógł się odnaleźć, chociaż w małym fragmencie w tej lekturze?

To prawda. Kiedy piszę, z reguły nie myślę szczególnie o grupie docelowej, bo chcę, żeby moja narracja była obiektywna, ale tutaj właściwie każdy ma prawo się odnaleźć. Nawet nastolatek, który czyta opowieść z punktu widzenia osoby nastoletniej, żyjącej wiele lat wcześniej, ale mającej tyle samo lat co on dzisiaj.

Uczniowie często przyznają, że nie lubią czytać lektur szkolnych traktujących o wojnie. Czy zatem opowiadanie z tych kilku perspektyw może być sposobem na odczarowanie tego typu literatury?

Wydaje mi się, że jak najbardziej, bo Mirka… ona absolutnie nie trywializuje tych czasów, ale opowiada o nich z nadzieją, mówiąc o przyszłości. Oczywiście ona ma też w sobie ogromny mrok i bardzo ciężkie przeżycia, ale jest nastawiona na przyszłość i na tyle, na ile potrafi, nie pogrąża się w przeszłości. Wydaje mi się, że to też jest dobra perspektywa do opowiadania, bo niesie tę nadzieję także w dzisiejszych czasach, kiedy trwa wojna za wschodnią granicą. Wydawało się, że wojny już nigdy nie będzie, ale ona przyszła i to w takiej postaci, jaka była wtedy. Znów będziemy musieli sięgnąć do podobnych przeżyć. Znów będzie mowa o odbudowie. Oczywiście czasy są inne, inna jest sytuacja polityczna, inaczej wygląda Europa, ale wydaje mi się, że także ci ludzie, którzy nie lubią czytać, albo którzy lubią czytać tylko i wyłącznie powieści non fiction, też w jakiś sposób odnajdą te informacje, które są im potrzebne.

Co panią inspiruje? Czy są to może inne publikacje, autorzy czy może to kwestia natchnienia?

Ta powieść bardzo długo na mnie czekała i w końcu przyszedł taki moment, kiedy opowiedziałam o granicy wojny i nie-wojny. Natomiast, kiedy już zaczęłam pisać powieść, dotarła do mnie książka Mirona Białoszewskiego. To był zbiór jego felietonów, pisanych dla „Kuriera Porannego”. Przeczytałam je z ogromną ciekawością i na tej bazie powstała postać matki, która właśnie pisze o powojennych losach mieszkańców Warszawy, wracających do zrujnowanego miasta. Kiedyś też przeczytałam, że Jan Marcin Szancer, wybitny polski ilustrator zajmował się ilustrowaniem tekstów do gazety, w związku z czym postać Jana jest inspirowana nim.

Inspirowałam się też moimi lekturami z dzieciństwa, opowiadaniami, które dzieją się właśnie po wyzwoleniu, kiedy już niby nie ma wojny, ale nic w magiczny sposób się przecież nie odradza. Wciąż Niemcy są gdzieś obecni, cały czas można natknąć się na niewypały i niewybuchy. Wciąż ta wojna w jakiś sposób jest i wciąż można zginąć, chociaż nie bezpośrednio w trakcie walk. To były książki takie jak m. in. „Gruby” Aleksandra Minkowskiego, bardzo dużą inspiracją była powieść Jerzego Szczygła “Nigdy cię nie opuszczę” – mówi ona chłopcach, o sierotach, które mieszkają wśród ruin, nie bardzo wiedząc, co mają ze sobą zrobić. Istnieje dom dziecka, który próbuje te sieroty otoczyć opieką, ale nie każdy chłopiec, nawet mały, chce mieszkać w sierocińcu. Tu właśnie jest inspiracja dla postaci Stefana i innych dzieci, które są sierotami na gruzach.

O rozrachunku z powstaniem mówią też w jakimś małym stopniu „Słoneczniki” Małgorzaty Snopkiewicz. To są takie moje lektury, które czytałam jako mała dziewczynka właśnie w wieku Mirki i zastanawiałam się, co się z tymi ludźmi dalej stało…

Ukazała pani smutne kulisy i skutki powstania…

Po latach buduje się legendę, tworzy się martyrologię, bo osobom, które brały udział w powstaniu jesteśmy winni ogromny szacunek i cześć. Staramy się pamiętać o nich, ale też nie można zapomnieć innego kontekstu, mianowicie tego, ilu ludzi zginęło, jaka to była rzeź ludności cywilnej, jak dzieci szły do powstania. O tym też chciałam napisać, w ogóle nie oceniając, bo to oni żyli na tych gruzach – osierocone matki, osierocone dzieci i to im oddaje głos.

Po zakończeniu powstania Tereska nie mogła dojść do porozumienia z Alkiem. Z lektury książki wnioskujemy, że powstał pewien mur społeczny pomiędzy uczestnikami powstania, a tymi, którzy wówczas nie walczyli

Tak, osoby, które nie walczyły miały ogromne poczucie winy, że w wyniku zbiegu okoliczności musiały z Warszawy wyjechać przed powstaniem. Tereska się tego ogromnie wstydzi, natomiast Mirka rozumie, że po prostu tak się stało i tyle – „gdybyśmy byli, to byśmy walczyli”. Zresztą, kiedy poznajemy tę bohaterkę, to widzimy, że ona pierwsza biegałaby z meldunkami, a Tereska na pewno by walczyła. My w to głęboko wierzymy, ale faktem jest to, że ci, którzy wyjechali nie brali udziału w powstaniu. W związku z tym czują się w jakiś sposób gorsi i niegodni powrotu do stolicy. To tworzy przepaść między Tereską, a jej przedwojennym chłopakiem, który przeżył w trakcie powstania tyle, że już nie jest tym samym jej Alkiem. Ona się nie może z tym pogodzić… i ja jej się nie dziwię.

Pisała pani inne książki o podobnej tematyce. Było to np. „Stulecie Winnych”. Skąd w ogóle zainteresowanie taką tematyką?

To był właściwie przypadek. W „Stuleciu Winnych” poznałam historię miejsca, w którym mieszkam – Brwinowa i pomyślałam sobie, że to jest świetny materiał na sagę, na taką opowieść wielopokoleniową, a że nie było dobrych i znaczących sag od bardzo wielu lat, to pomyślałam sobie, że może to jest jakaś nisza do zapełnienia na rynku. Dzisiaj wydaje się to już dziwne, bo po „Stuleciu Winnych” po prostu literatura sagowa wystrzeliła w kosmos.

Czas akcji poszczególnych pani powieści częściowo się nakłada, ale jednak życiorysy bohaterów różnią się diametralnie.

Ja ciągle szukam co zaproponować czytelnikowi i nawet powieści z historią w tle staram się, żeby były za każdym razem inne, żeby opowiadały o innym problemie. Tak powstały „Matki i córki”, które opowiadają o dziedziczeniu traum i o nasyłaniu traum. O tym mówi się dopiero teraz – jak nieprzepracowana, nierozliczona wojna, wpłynęła na życie naszych dziadków i naszych rodziców, a co za tym idzie – nasze, bo to my dostajemy geny od nich i to nie jest pojęcie abstrakcyjne – dziedziczenie. To jest genetyka, to są zmiany w komórce, zmiany biochemiczne, które ewidentnie istnieją. To jest taki sam proces jak uczenie się i zapamiętywanie. My to mamy w głowach, my to dziedziczyliśmy, musimy się z tym zmagać. Dużo mówi się o tożsamości narodu – mamy swoją historię, swoich przodków, swoją tożsamość. Dlatego jesteśmy inni od Anglików, od Francuzów, którzy mają inną historię i inne dziedziczenie, inne traumy.

Do kogo jest skierowana powieść „Najważniejsze to przeżyć”?

Wydaje mi się, że do wszystkich. Szczególnie do tych, którzy bardzo polubili „Stulecie Winnych”. Sądzę, że tak jak zostało napisane w tekście reklamującym „Najważniejsze to przeżyć”, jest to najbardziej wzruszająca pozycja po „Stuleciu Winnych” i dzieje się tak zapewne przez tę nadzieję bijącą od młodych ludzi. Gdy pisałam „Stulecie”, wydawało mi się, że tworzę opowieść skierowaną do starszych osób i ku mojemu ogromnemu zdumieniu książkę czytało bardzo wiele młodych ludzi, co zauważam, kiedy dostaję informację, że maturzyści odwołują się do niej w swoich pracach egzaminacyjnych.

Z jaką refleksją po lekturze ma pozostać czytelnik?

Z taką myślą, że być może sama kwestia przeżycia nie jest najistotniejsza, ale chodzi o to, jak zdołaliśmy przeżyć, jakie z tego wyciągniemy wnioski i jak potrafimy odbudować to nasze życie po jakiejkolwiek klęsce. Ja nie mówię tutaj nawet tylko wojnie, ale też o tym co nas spotyka na co dzień.

Czy chciałaby pani, aby najnowsza książka była przeniesiona na ekran filmowy?

Bardzo bym chciała. Uważam, że wszystkie moje książki nadają się do adaptacji i przy niektórych mam też pewną misję. Dotyczy to na przykład „Doktor Anny”. To jest fabularyzowana biografia pierwszej kobiety lekarki, więc uważam, że zasługuje na to, żeby o niej opowiedzieć. Natomiast wydaje mi się, że to jest też bardzo dydaktyczna powieść, bo opowiadająca o wojnie jednak w inny sposób. Już mieliśmy bardzo dobry serial, który traktował o tych problemach. To „Dom” w reżyserii Jana Łomnickiego. Może gdyby akcję skoncentrować wokół tego młodszego pokolenia, to dla współczesnej młodzieży byłoby to ciekawe i pouczające.

Jak to się stało, że połączyła pani medycynę z pisarstwem?

Chciałam napisać książkę o moich bułgarskich korzeniach dla moich dzieci, a ponieważ zrobiłam to… chyba dobrze i ta książka została wydana, to w toku zbiegu różnych sprzyjających okoliczności dostałam propozycję napisania bajki terapeutycznej. Później napisałam książkę dla mojego syna, której akcja działa się w mózgu. Ta książeczka cieszyła się powodzeniem, więc napisałam drugą część i zaczęłam myśleć o fabule dla dorosłych. I tak napisałam trzy współczesne powieści obyczajowe. Później pomyślałam o sadze i wyszło tak, że teraz jestem bardziej pisarką niż lekarką. Jednak moje medyczne wykształcenie dużo mi dało i nie wygląda na to, że gdyby nie medycyna to zaczęłabym pisać wcześniej. Wydaje mi się, obecnie jestem we właściwym miejscu. Dzięki medycynie i dzięki wieloletniej praktyce z pacjentem, także w szpitalu, mógł powstać m. in. cykl „Uczniowie Hipokratesa”, w którym łączę swoją wiedzę medyczną z doświadczeniem pisarki.

źródło: https://gloswielkopolski.pl/zycie-codzienne-w-powojennej-warszawie-o-ksiazce-najwazniejsze-to-przezyc-rozmawiamy-z-albena-grabowska/ar/c13-17829317

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *