Pierwsza polska lekarka praktykowała w haremie, bo mężczyźni nie chcieli kobiet w tym zawodzie – wywiad

Dagmara Łacny przeprowadziła ze mną wywiad o Dr Annie Tomaszewicz-Doborskiej. Tekst źródłowy znajduje się tutaj.


W połowie XIX w. mówiono o nich z lekceważeniem „medycynierki” i wyśmiewano, kiedy opowiadały, że chcą zostać lekarkami. Anna Tomaszewicz-Dobrska była pierwszą Polką, która podjęła studia medyczne. Gdy skończyła 17 lat, wyjechała z rodzinnej Mławy do Szwajcarii, aby zgłębiać tajemnicę ludzkiego mózgu. Po powrocie do kraju spotkało ją ogromne rozczarowanie. O niezwykłym życiu i karierze Anny Tomaszewicz-Dobrskiej, w rozmowie z Ofeminin, opowiedziała Ałbena Grabowska, neurolożka i autorka książki „Doktor Anna”.

Dagmara Łacny: Kiedy po raz pierwszy usłyszałaś o doktor Annie Tomaszewicz-Dobrskiej?

Ałbena Grabowska: Dwa lata temu przeczytałam o Annie w piśmie branżowym, które otrzymujemy od Izby Lekarskiej. Oprócz artykułów typowo medycznych, znajdują się tam różnego rodzaju ciekawostki. I właśnie tam trafiłam na publikację o pierwszej polskiej lekarce.

Czyli dosyć późno. Przyznaję, że wcześniej także o niej nie słyszałam, ale miałam nadzieję, że może uczą o Annie na studiach medycznych.

Nie pamiętam, żebyśmy się o niej uczyli na lekcjach historii medycyny, bardzo ciekawie prowadzonych przez pana prof. Śródkę. Sama też nie zainteresowałam się, kim była pierwsza polska lekarka. Przeczytałam tamten artykuł z wielką przyjemnością i ogromnym zdumieniem, i pomyślałam, że to niezwykle ciekawy życiorys, materiał na film czy książkę.

Dlaczego zdecydowałaś, że to właśnie doktor Anna powinna zostać bohaterką twojej kolejnej powieści?

Pomyślałam, że Anna będzie idealną bohaterką dla drugiej części mojej sagi medycznej „Uczniowie Hippokratesa”, czyli cyklu książek będących z jednej strony hołdem dla moich kolegów i mentorów, a z drugiej – pożegnaniem z zawodem, ponieważ nie pracuję już w szpitalu. Anna okazała się wspaniałą bohaterką pod każdym względem. Jako kobieta próbująca w męskim świecie utorować sobie drogę. Jako absolwentka medycyny, która nie mogła wybrać swojej drogi zawodowej. Dzisiaj możemy być neurolożkami czy chirurżkami, wszystkie specjalizacje stoją przed nami, kobietami, otworem. Nie mówiąc już o tym, że medycyna jest zawodem silnie sfeminizowanym.

Życie Anny aż prosi się o serial na Netflixie. Jestem ciekawa, ile w historii, którą przedstawiłaś na łamach powieści jest prawdą, a ile rzeczy musiałaś sobie dopowiedzieć?

Nie jest to oczywiście historia przedstawiona jeden do jednego, ale też nie taki jest cel biografii fabularyzowanych. Niestety o Annie tak dużo nie wiemy. Znane są pewne fakty przedstawione w jej biografii, dlatego pomyślałam, że na ich podstawie, a także znajomości zawodu i tła historycznego, jestem w stanie wejść w buty Anny i postawić się w jej położeniu, przewidzieć jej ruchy czy zrozumieć, jak mogła myśleć, gdy robiła pewne rzeczy. To, że Anna spędziła w haremie sześć miesięcy jest prawdą historyczną, ale nie wiemy, co działo się w środku. Anna prawdopodobnie nie mogła o tym pisać, ale ponieważ przywiozła stamtąd różne cenne przedmioty, które później sprzedawała, aby mieć pieniądze na otwarcie praktyki, wywnioskowałam, że musiała robić tam coś ważnego i że jej pracodawca musiał być z niej zadowolony.

Co cię najbardziej zaskoczyło w jej historii?

To, że była tak pewna, że chce zostać lekarką. Gdybym ja nie dostała się za pierwszym razem na studia, to pewnie nie próbowałabym drugi raz i stwierdziła, że skoro nikt mnie nie chce, to nic tu po mnie. Natomiast Anny nie zraziło absolutnie nic. Przez całe życie bardzo ciężko pracowała w szpitalu, wykładała, udzielała się społecznie, miała przecież rodzinę i z tego, co zrozumiałam, bardzo szczęśliwą. Syna i męża, którzy ją wspierali. Zaskoczyła mnie również jej fizyczność i uroda, piękne włosy, powaga na twarzy. Równie łatwo można ją sobie wyobrazić, jak zaprasza gości na popołudniowe herbatki, ale również jak ciężko pracuje w szpitalu.

Anna bardzo wcześnie postanowiła, że zostanie lekarką i w bardzo stanowczy sposób oświadczyła to rodzicom. Gdy ojciec nie wyraził zgody na zagraniczne studia, 17-letnia dziewczyna rozpoczęła głodówkę. Od początku widać, że była bardzo zdeterminowaną młodą kobietą, która zdecydowała się na podjęcie nauki w typowo męskim zawodzie.

Anna była piętnastą kobietą, która studiowała medycynę i często podkreślała, że nie jest pierwsza. Pierwszą studentką była Elizabeth Blackwell, którą opisuję w książce. To również niesamowita historia przecierania szlaków. Elizabeth dostała się na studia na skutek pomyłki, ponieważ sądzono, że podanie złożył mężczyzna.

Pierwszą kobietą, która dostała się i ukończyła studia medyczne, była Brytyjka Elizabeth Blackwell Foto: ASSOCIATED PRESS/East News

U Anny nie było już mowy o przypadku. Jednak jej droga do zawodu lekarza była kręta i wyboista, choć początki wydawały się niezwykle obiecujące. Dlaczego Anna nie zdecydowała się pozostać na uczelni w Zurychu i kontynuować badania z profesorem neurologii i psychiatrii, Eduardem Hitzigiem?

Być może zagrały względy patriotyczne. A może Anna uznała, że powinna wrócić do Polski i praktykować na miejscu. Może w Zurychu nie była w stanie utrzymać się ze swojej pracy naukowej? Wiadomo, że podczas pobytu na studiach, Anna zachorowała na tyfus i tylko dzięki pomocy profesora, jej mentora i współpracownika naukowego, Eduarda Hitziga, mogła pozwolić sobie na leczenie. Być nie może nie chciała nadużywać jego gościnności.

Eduard Hitzig był lekarzem neurologii i psychiatrą, współpracownikiem i mentorem Anny w Zurychu. Fot. Wikipedia domena publiczna Foto: Wikipedia CC

Po studiach Anna wróciła do Polski i zdecydowała się przyjechać do Warszawy. Miała w kieszeni dyplom świetnej uczelni i zapewne nie przypuszczała, że to może nie wystarczyć do podjęcia zawodu.

Chciała uzyskać zgodę na prowadzenie praktyki na terenie Kongresówki. W związku z tym, że miała dyplom zagranicznej uczelni, musiała go nostryfikować. W Warszawskim Towarzystwie Lekarskim odmówiono jej zgody. Przegrała jednym głosem. Próbowała później uzyskać zgodę w Czerwonym Krzyżu, ale tam usłyszała, że skoro nie ma praktyki, to nie mogą jej udzielić pozwolenia na pracę. Bez zgody na pracę nie mogła otworzyć praktyki. Koło się zamykało, dlatego postanowiła pojechać do Petersburga. Uznała, że jeśli Rosjanie udzielą jej pozwolenia, to miejscowi będą musieli się z tym pogodzić. Ale tam było jeszcze gorzej.

A no właśnie. Nie tylko car Aleksander II nie chciał kobiet w zawodzie lekarza.

W Polsce miała tylko jeden problem – była kobietą. Natomiast w Petersburgu były trzy problemy – po pierwsze, że jest kobietą, po drugie – Polką, a po trzecie – rok wcześniej car wydał ukaz, że jego obywatele nie mogą studiować w Zurychu. Wydawało się, że to koniec wszelkich negocjacji i pertraktacji.

I nagle mamy zwrot akcji, którego nikt się nie spodziewał. Pojawia się pewien bardzo bogaty władca.

Gdyby Anna była postacią fikcyjną i wymyśliłabym taką historię, to myślę, że czytelnicy mogliby mi nie uwierzyć. W Petersburgu gościł przejazdem sułtan Omanu i przyjaciel cara, który poszukiwał dla swoich kobiet – żon, nałożnic, służących i niewolnic – albo rzezańca, albo kobiety lekarki znającej języki. Nikt w Rosji chyba nie chciał się przyznać do bycia rzezańcem, ale w ostatniej chwili przypomniano sobie o Annie. Praktykowała w haremie przez sześć miesięcy. Znała języki, mówiła biegle po niemiecku, angielsku i francusku.

Anna została nadworną lekarką w haremie sułtana Omanu, który gościł w Petersburgu Fot. „W haremie” J. G. Delincourt/ East News Foto: east news

Kiedy w końcu po trzech latach udało się Annie nostryfikować dyplom i wróciła do Warszawy, nikt nie czekał na nią z otwartymi ramionami.

Spotkało ją dokładnie to samo, z czym musiała zmierzyć się Elizabeth Blackwell. To, że Anna otrzymała i nostryfikowała dyplom, i w końcu mogła otworzyć praktykę, nie znaczyło, że ktokolwiek zaufa kobiecie-lekarce. W związku z tym nie mogła wybrać sobie specjalizacji. Patrząc na jej prace naukowe na temat labiryntu, czyli ucha środkowego i różnicy potencjałów, czyli funkcji kory mózgu, można wywnioskować, że Anna chciała, tak jak ja, zostać neurologiem. Ale w związku z tym, że przychodziły do niej niezamożne kobiety, dzieci i ludzie, którzy nie mieli środków, żeby pójść do „prawdziwego” lekarza, czyli mężczyzny, wyspecjalizowała się w pracy z położnicami i została ginekologiem-położnikiem.

Jak wyglądała jej praktyka? Czym się zajmowała na co dzień?

W 1918 roku Anna przeprowadziła pierwsze w Polsce, udane cięcie cesarskie. Wyszkoliła przez całe swoje życie ponad 300 lekarek i lekarzy, ginekolożek i ginekologów, położników, pielęgniarki ginekologiczne, wyspecjalizowane akuszerki. Prowadziła z ogromnym sukcesem swoją praktykę na ul. Twardej w Warszawie. Później z niej zrezygnowała, kiedy bankier Leopold Stanisław Kronenberg przeznaczył pięć kamienic w stolicy na szpitale i przytułki położnicze. Anna dostała największy z nich, co świadczy, kim była i jaką miała renomę. Pewnie mogła odmówić i kontynuować praktykę, ale wydaje mi się, że kusiło ją otwarcie szpitala, chociaż w tej kamienicy nie było bieżącej wody i wymagała sporego remontu.

Anna miała też bardzo nowoczesne podejście do medycyny i otwartą głowę.

Anna była absolutną zwolenniczką aseptyki i zaleceń Listera, w związku z tym w przytułku, który prowadziła, było bardzo czysto, a śmiertelność nie przekraczała jednego procenta. Podejrzewam, że to była śmiertelność spowodowana wyłącznie powikłaniami typowo położniczymi, a nie gorączką połogową. Anna miała cel, materiał, metody i świetne wyniki. Gdy zaczynała swoją praktykę, to uważała, że większość chorób da się wyleczyć po prostu umyciem, nakarmieniem i odzianiem człowieka w ciepłe rzeczy, co dzisiaj jest podejściem absolutnie logicznym. W tamtych czasach to bieda i głód prowokowały większość chorób.

Na ile Anna była znana wtedy w Polsce?

Ogromnie zaskakujące było dla mnie to, że o Annie już na samym początku pisały gazety. „Panienka z Mławy jedzie studiować medycynę do Zurychu”. Zastanawiałam się dlaczego. Możliwości są dwie. Albo to rzeczywiście było to wydarzenie na skalę krajową, albo Anna zbierała środki na ten wyjazd. Później, gdy nie chciano jej nostryfikować dyplomu, także pisały o tym gazety. Otrzymała wsparcie od znanych mężczyzn, wielokrotnie pisał o niej Bolesława Prusa, wskazując na ewidentną dyskryminację ze względu na płeć. Z “pomocą” przyszedł również rosyjski dziennikarz, który napisał o Warszawskim Towarzystwie Lekarskim w samych superlatywach i stwierdził, że jego członkowie „uratowali panienkę przed nią samą”, co było dla nich oczywistym policzkiem.

Pierwsze lekarki wybierały specjalizacje ginekologiczne, bo nie miały innego wyboru. Stacja „Opieki nad Matką i Dzieckiem” Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet w Wilnie Foto: Biblioteka Narodowa

U schyłku jej życia, gdy otwierały się dwa szpitale, które dziś znamy, czyli św. Rodziny i św. Zofii, zaoferowano jej objęcie prowadzenia jednego z tych szpitali i wybranie tego, którym chciałaby kierować. Anna nie miała już siły zaczynać wszystkiego od początku, była zmęczona wieloletnią i bardzo ciężką pracą, wykładaniem na uczelni, działalnością społeczną (współpracowała z Elizą Orzeszkową i Marią Konopnicką). Chciała, żeby uczennice i uczniowie kontynuowali jej dzieło.

Co ciekawe, kobiety nie zawsze ją wspierały. Zawsze się zastanawiałam nad tym, co musiała czuć Anna, gdy Gabriela Zapolska tak nieładnie o niej napisała, że kobieta może być kochanką, muzą, poetką, malarką, ale wara jej od nauki, bo to nie jest jej miejsce.

A jak wyglądała później sytuacja polskich studentek medycyny?

Zdecydowanie lepiej. Często terminowały u samej Anny. Potem kobiety-lekarki nie budziły takiego zdumienia, nie mówiono o nich lekceważąco „medycynierki”, tylko lekarki. Były już gotowe do współpracy z pielęgniarkami, było ich coraz więcej. Wciąż miały zamkniętą drogę do specjalizacji zabiegowych, bo chirurgami jeszcze nie były, ale mogły obejmować inne. Wiem z historii Szpitala Ujazdowskiego, o której opowiem w trzeciej części „Uczniów Hippokratesa”, że laryngolożek czy neurolożek było coraz więcej i że pracowały one między mężczyznami na równych prawach. Pewnie czekały na to, aż będą mogły być kierownikami klinik, bo to się jeszcze nie działo, ale już mogły spokojnie pracować. Bardzo chcę, żeby Anna była postacią znaną, bo na to zasługuje. Ona naprawdę przetarła nam, kobietom, szlak. Polskie kobiety, warszawskie położnice zawdzięczają jej bardzo, ale to bardzo wiele. To ona spowodowała spadek śmiertelności okołoporodowej z 30 proc. do nawet jednego. To są setki uratowanych żyć.

To wszystko zawdzięczamy właśnie Annie i chciałabym, żeby świat o niej usłyszał. Bo jest ona równie piękną postacią jak Maria Curie-Skłodowska. Mam ogromną nadzieję, że producenci zainteresują się jej historią, bo to gotowy materiał.

Na to liczę, tym bardziej, że serial, które powstał w oparciu o twoje wcześniejsze powieści, okazał się wielkimi przebojami i zachwycił publiczność. Teraz czas, aby świat poznał Annę!

Źródło:
Ofeminin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.