Historia i medycyna – wywiad

TOMASZ ZBIGNIEW ZAPERT: Końcowy tom „Stulecia Winnych” mogła już pani tworzyć, dyskontując autopsję…

AŁBENA GRABOWSKA: Kiedy pisałam trzecią część „Stulecia Winnych”, de facto relacjonowałam własne dzieciństwo. Nie jest to jednak książka oparta na konkretnych wspomnieniach, raczej na pamięci tamtych dni, atmosfery panującej w szkole podstawowej, potem w liceum, nastrojów, które towarzyszyły ludziom, kiedy wprowadzono stan wojenny. Miałam 10 lat, kiedy wstałam rano w niedzielę i nie było „Teleranka”. Bardzo dobrze to pamiętam.
Rodzice bali się, że mogą powołać mojego tatę do wojska, jakiś sąsiad chował się na działkach z tego samego powodu i ktoś tam się podśmiewał, a inny mówił, że dobrze – właśnie tak trzeba. Wiele pamiętam z dzieciństwa i te obrazy wykorzystałam w powieści. Jedynym moim własnym wspomnieniem jest 1 lipca 1995 r., data mojego ślubu, kiedy podobnie jak bohaterka szłam się uczesać do fryzjera. Byłam świadkiem, jak policjanci podchodzili pod bloki na osiedlu im. Bolesława Prusa, gdzie mieszkali „ci z mafii”. Dokonano tego dnia wielu aresztowań. Wykorzystałam ten fakt w swojej prozie.

O historii najnowszej pisać było trudniej czy łatwiej niż o tej bardziej zamierzchłej?

Znacznie łatwiej mi pisać o historii dawniejszej. Mam poczucie, że dobrze rozumiem tamte czasy, XIX w. i początek XX w. wydają mi się zaskakująco bliskie.
Często spotykam się ze stwierdzeniem, że namiętności, które targają ludźmi, są od wieków takie same i tylko otoczenie się zmienia. Ja się z tym nie zgadzam. Mnie jest trudno pisać o ludziach, którzy żyją, albo pisać ze świadomością możliwej oceny ze strony żyjących krewnych. Pamięć każdego jest inna, a wydarzenia przedstawione w powieści podlegają ocenie bardzo subiektywnej. Dlatego wolę czasy, których interpretacja jest bardziej obiektywna.

stulecie winnych sezon 4-12

Serial powstał na kanwie sagi, ale jej autorka nie firmuje scenariusza. Dlaczego?

Scenariusz rządzi się specyficznymi prawami. Trzeba umieć tak przenieść historię książkową, żeby widz miał poczucie, że ogląda obrazy, które wcześniej przeczytał, i widzi ludzi, których do tej pory jedynie sobie wyobrażał. Uznałam, że nie posiadam wystarczających umiejętności, aby zmierzyć się ze scenariuszem. To tylko tak się wydaje, że nie ma nic łatwiejszego niż napisanie scenariusza własnej powieści. Że wystarczy „jedynie” prozę rozbić na sceny i skrócić dialogi. Uczę się jednak i niewykluczone, że dołączę do zespołu scenarzystów którejś ze swoich powieści.

Scenariusz różni się od pierwowzoru literackiego, jedne postacie usunięto, inne dopisano, mam wrażenie, że ze szkodą dla telewidzów…

Rzeczywiście już w trzecim sezonie są duże odstępstwa od fabuły. One się jeszcze pogłębią w czwartym. To z jednej strony dobrze, z drugiej źle. Dobrze, bo książka jest chętniej czytana, kiedy serial bardziej się różni. Widzowie chętnie oceniają, co powinno się zdarzyć, co jest „inne”, co niewybaczalne. Źle, bo ciężko mi usprawiedliwić niektóre utracone lub dodane wątki. Autorowi czasem trudno jest zaakceptować nowych, nieznanych mu bohaterów albo transformację postaci stworzonych przez niego. Na tym jednak polega ekranizacja. Książka jest coraz bardziej przetwarzana przez producentów,
scenarzystów, reżyserów,nawet aktorów. Zaczyna żyć własnym życiem.

Bohaterowie filmu zyskali oblicza konkretnych wykonawców. Odpowiadają pisarskim wyobrażeniom?

Jak najbardziej. Trudno mi wyobrazić sobie inną Bronkę niż Kinga Preis i innego Stanisława niż Jan Wieczorkowski.
Wszyscy stworzyli absolutnie wspaniałe kreacje aktorskie.

Czy tak jak w poprzednich sezonach Ałbenę Grabowską ujrzymy na ekranie?

Owszem. Pojawiam się w siódmym odcinku, tradycyjnie w epizodzie. Wcielam się w panią Marię, urzędniczkę, sekretarkę w MSWiA. Ciekawa jestem, czy czytelnicy i widzowie zdołają mnie rozpoznać. Wydaje mi się, że kostiumy i charakteryzacja sprawiły, że nie będzie to zadanie zbyt łatwe.

Władze Brwinowa doceniły to, że za sprawą „Stulecia Winnych” osada wydatnie zyskała na renomie?

Tak, oczywiście i jest to bardzo miłe. Już przy pierwszym tomie uzyskałam patronat miasta i gminy Brwinów, a pan burmistrz wspierał mnie na każdym kroku. Bardzo pomocne było i jest Towarzystwo Przyjaciół Brwinowa, które służy mi pomocą merytoryczną oraz pomaga przy konsultacjach historycznych serialu. Widzowie tak wspaniale przyjęli ten serial, że żartujemy w Brwinowie, że kiedyś na pytanie, gdzie leży nasze miasto, odpowiadaliśmy, że niedaleko Warszawy, teraz mówimy, że to Warszawa leży koło Brwinowa. Ze strony mieszkańców spotykam się z samą życzliwością. Zresztą nikogo w książce nie obraziłam, starałam się wskrzesić pamięć tamtych czasów i wspaniałych ludzi, którzy tutaj mieszkali. Nasz Brwinów jest pięknym miastem, rozwijającym się intensywnie. Niedługo zostanie wyremontowany pałac Wieruszów. Będzie siedzibą ośrodka kultury. Bardzo mnie to cieszy.

A pani stała się osobą rozpoznawalną już po spektakularnym sukcesie prozatorskim czy dopiero po ekranizacji?

Po adaptacji filmowej, ot, magia telewizji! Wcześniej rzadko zdarzało się, żeby mnie ktoś rozpoznał na ulicy. Teraz spotykam się z tym, że ludzie podchodzą do mnie, nieśmiało pytając, czy mogą sobie zrobić ze mną selfie. Kiedy zaczynałam, mało osób w Brwinowie wiedziało, że jestem pisarką. Teraz idę na targ czy do sklepów i wiele osób uśmiecha się do mnie i mówimy sobie „dzień dobry”. Jestem pytana o inne książki, o uchylenie rąbka tajemnicy, które epizody pojawią się w kolejnym sezonie serialu.

Dzieje Polski wykorzystuje też powieść „Matki i córki”. To czysta kreacja?

To bardzo trudna książka. Porusza skomplikowane momenty z polskiej historii z kobiecego punktu widzenia.
Opisuję w niej kobiety, które są naznaczone stygmatem cierpienia, głęboko straumatyzowane, nie potrafią odciąć się od strasznej przeszłości. Mierzę się z tematem zsyłki na Syberię, rzeczywistością obozu koncentracyjnego, życia w PRL. Temat dziedziczenia traum jest mi bardzo bliski jako kobiecie, pisarce, wreszcie jako lekarzowi neurologowi, którym wciąż jestem.

Cykl „Uczniowie Hippokratesa” przypomina korzenie polskiej medycyny. Filmowy temat.

Dziękuję. Też tak uważam. To bardzo dobry pomysł na serial i mam nadzieję, że filmowcy dostrzegą ten potencjał. Pierwszy tom traktuje o latach 1850–1870, bardzo istotnym okresie rozwoju medycyny w Polsce. Wtedy kształtowały się szpitale kliniczne, tworzyły pracownie doświadczalne. W salach operacyjnych zagościł eter, co stworzyło nowe możliwości dla chirurgii. Zauważono także ważność aseptyki, chociaż niestety nie przeszło to bez oporów. Lekarze, którzy głosili konieczność mycia narzędzi chirurgicznych i pola operacyjnego, byli traktowani jak szarlatani, szkodliwi głupcy, którzy przeszkadzają innym w pracy.
Druga część serii przedstawia pierwszą polską lekarkę – Annę Tomaszewicz-Dobrską. Ukazuje całą jej drogę zawodową od chwili uzyskania dyplomu uczelni w Zurichu w 1877 r. aż do roku 1918, kiedy umarła. Losy prekursorki wszystkich pań chcących się dziś spełniać w służbie Eskulapa są zupełnie niezwykłe.
Kiedy wraca do Warszawy, Towarzystwo Lekarskie Warszawskie odmawia jej nostryfikowania dyplomu ze względu na płeć.

Podobnie dzieje się w Petersburgu, gdzie Anna jedzie z takim samym pragnieniem uzyskania pozwolenia na sprawowanie praktyki lekarskiej. Przyjdzie jej otrzeć się o harem, aby uzyskać to, co się jej słusznie należy. To jest materiał na film!

Obecnie pracuję nad trzecią i czwartą, zarazem ostatnią częścią sagi „Uczniowie Hippokratesa”. Fabuła toczy się w latach 1924–1944 w Warszawie. Miejscem, które przedstawiam, jest nieistniejący już Szpital Ujazdowski. Staram się przywrócić pamięć o wspaniałych lekarzach tam pracujących. Wielu z nich zginęło w czasie drugiej wojny światowej, niosąc pomoc chorym i rannym.

Bułgarski ślad w pani twórczości pozostaje dość znikomy…

Moja debiutancka książka dotyczyła Bułgarii. „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” była nie tylko wspomnieniem mojej drugiej ojczyzny i ludzi, którzy są mi bliscy, lecz także próbą przybliżenia tego pięknego, nieco zapomnianego kraju Polakom. Do Bułgarii powróciłam krótko na kartach „Alicji w krainie czasów” (właśnie ma premierę nowe wydanie tej bardzo ważnej dla mnie trylogii). To był epizod, lecz bardzo ważny dla mnie i bohaterki, z którą się identyfikuję.

Do Bułgarii w pełni powróciłam „Kośćmi proroka”, powieścią, która rozgrywa się w trzech płaszczyznach czasowych i osnuta jest wokół autentycznego wydarzenia, którym było odkrycie na małej wyspie koło Sozopola kości Jana Chrzciciela.

 

Wywiad ukazał się w najnowszym wydaniu Do Rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.