Czarodziejki Wyobraźni – wywiad Claudia

Kim jesteś z zawodu? To pytanie zawsze wywołuje u mnie nerwowe drgawki. Kiedyś, zeznając jako świadek w sądzie, zaczęłam się plątać: „Nazywam się Liliana Fabisińska, pracuję jako dziennikarka, ale też redaguję, tłumaczę, piszę książki i sztuki teatralne, mam licencjat z kryminologii, magisterkę z pedagogiki, podyplomowo skończyłam psychologię zmiany, a doktorat piszę z…”.
„Zaprotokołować: świadek bez zawodu” – orzekła pani sędzia, zirytowana moim niezdecydowaniem.
A ja poczułam, że wiarygodność moich zeznań sięgnęła bruku. I tak naprawdę ciągle nie do końca wiem, kim jestem z zawodu, i waham się przed użyciem słowa „pisarka”, mimo że internet podaje, że napisałam kilkadziesiąt książek.

Na szczęście kiedy spotykam się na kawie z Ałbeną Grabowską i Kasią Majgier, nie czuję się dziwolągiem. One też mają kilka zawodów i często wahają się, który z nich wymienić jako ten najważniejszy.

– Od dzieciństwa chciałam zostać aktorką – wspomina Ałbena, autorka m.in. bestsellerowej, przeniesionej na ekran sagi „Stulecie
Winnych”. Przygotowywała się do egzaminów do szkoły teatralnej,
miała już wybrany monolog, wiersz i piosenkę. A jednak, kiedy pojechała złożyć dokumenty, uznała, że to nie jej świat. Że nie pasuje do ludzi, których zobaczyła na korytarzu uczelni. Zrealizowała
więc plan B: przystąpiła do egzaminów na Akademię Medyczną i została jej studentką. Nie stała za tym żadna szczególnie
przemyślana motywacja.

– Po prostu mój ówczesny chłopak zdawał na medycynę i wmówiłam sobie, że też o tym marzę, przygotowywałam się do tych egzaminów razem z nim…
Na pierwszym roku studiów Ałbena była jednak nieco rozczarowana.

– Nie było tak, jak sobie wyobrażałam. Bardzo dużo
nauki, głównie pamięciowej, wielogodzinne ćwiczenia, potem
wkuwanie w domu, znikome życie studenckie – wspomina.

– Zaczęłam się nawet martwić, że będzie tak do końca życia
i że nie znajdę niczego, co stałoby się moją wielką pasją.
W czasie wakacji po pierwszym roku, trafiła jednak na praktyki na oddział neurologii i wszystko się zmieniło. Odkryła, jak fascynującym organem jest ludzki mózg i ile skrywa w sobie tajemnic. Postanowiła zostać neurologiem, jeszcze jako studentka przychodziła do Kliniki Neurologii i Epileptologii,
potem przepracowała tam wiele lat jako asystent naukowo-
-dydaktyczny i lekarka na ostrym dyżurze. Zrobiła też doktorat i dwa stopnie specjalizacji, była najmłodszą w historii polskiej medycyny lekarką z certyfikatem z epileptologii.
I absolutnie nie myślała o pisaniu książek.

Kasia Majgier, autorka ponad 20 książek dla dzieci, młodzieży i dla dorosłych, też wybrała studia niedługo przed maturą.
Na wycieczce szkolnej jej klasie towarzyszyły dwie panie psycholog.

– Traktowano je jak wyrocznię – wspomina z uśmiechem.
– Zainteresowałam się psychologią. Spodobało mi się,
że te studia otwierają wiele drzwi, można zostać psychoterapeutą, pracować w szpitalu, w przychodni, w szkole, ale też w wydawnictwach, mediach czy też reklamie. Szybko okazało się, że to był dobry wybór. Kasię, podobnie, jak Ałbenę, zafascynowała neurologia i neuropsychologia. Obroniła pracę z zakresu psychologii
poznawczej.
Przez dwa lata pracowała na uczelni. W czasie studiów zetknęła się z internetem, który dopiero raczkował.

– To kompletnie zmieniło moje życie, zawodowe i prywatne – mówi. – Należałam do tzw. pionierów internetu, korzystam z niego od 1995 roku, m.in. przy prowadzeniu badań do pracy magisterskiej. I przy okazji poznałam Darka, mojego męża.
Potem współtworzyła pierwszy polski magazyn internetowy „Reporter”, pisała artykuły o psychologii internetu. I wciąż nie przychodziło jej do głowy, że kiedyś przedstawi się, mówiąc „Jestem pisarką”.

Kiedy zaczęłaś pisać książki? – to kolejne pytanie, które wywołuje we mnie nerwowy chichot. Nie dlatego, że nie znam odpowiedzi, ale dlatego, że brzmi ona dość idiotycznie: Pisałam bajki, zanim nauczyłam się pisać. Moja babcia obawiała się nawet, że jej mała Liliana widzi duchy albo brakuje jej piątej klepki, bo na placu zabaw siadałam z boku i wodziłam palcem po liściach klonu, znalezionych na trawniku. A potem wręczałam je babci z poważną miną, żądając: „Wyślij je do Pippi”. Pippi była idolką mojego dzieciństwa, rozpalała moją wyobraźnię.
Najpierw pisałam do niej na listy na liściach, a potem ilustrowane bajki na jej temat. Mama ma do dziś całą szufladę pierwszych książek, które produkowałam, starannie wycinając karteczki wielkości 2 cm kwadratowych i zszywając je czerwoną nitką. To były bajki i podręczniki dla moich lalek.
Potem pisałam już powieści przygodowe w brulionach w kratkę. Schody zaczęły się w piątej klasie, kiedy koleżanki wyrywały sobie moją powieść o nastolatce,
która rzuca szkołę i ucieka z zespołem rockowym, mocno wzorowanym na moim
ukochanym Lady Pank. Ich rodzice uznali, że piszę o sobie, i zgodnie zabronili córkom zbliżania się do tak niebezpiecznej osoby. Wtedy postanowiłam mieć prawdziwego wydawcę i prawo do wymyślania historii.
Kasia Majgier zaczęła pisać wtedy, gdy poznała litery. – Miałam kłopot z nauką pisania i czytania – wspomina. – Kiedy więc w końcu to opanowałam, musiałam to wykorzystać: postanowiłam czytać dużo książek i napisać własną. Powoływanie do życia nowych postaci i całych światów wydawało mi się czymś
magicznym. – Od tamtej pory zawsze pisała coś do szuflady, ale nie mówiła o tym. – W moim środowisku „artystyczne zajęcia” nie były szanowane – śmieje się dzisiaj. – Często słyszałam, że artyści są dziwakami. Jako dziecko miałam z tym problem, bo chciałam pisać książki, ale też chciałam spełniać oczekiwania innych. Wiedziałam, że muszę zdobyć porządny zawód, bo przecież pisanie książek to nie jest „prawdziwa praca”.
W dodatku ze szkolnych czytanek o dzieciństwie wybitnych Polaków dość jasno wynikało, że pisarze już jako dzieci czymś się wyróżniają, a ja byłam całkiem zwyczajna.

Choć trudno w to uwierzyć, Ałbena Grabowska nigdy nie myślała o pisaniu książek .

– Moim całym życiem były medycyna i rodzina. Miałam troje małych dzieci, które wypełniały każdą wolną chwilę. To dla nich usiadłam do komputera, by napisać część rodzinnej historii. Mama Ałbeny jest Bułgarką.
Wyszła za Polaka, Ałbena urodziła się w Polsce, pod Warszawą, ale Bułgaria zawsze była dla niej bardzo ważna. Spędzała wakacje u babci w Rodopach, mówi płynnie po bułgarsku i uważa swoje pochodzenie z dwóch światów za wielki dar.

– Dzieci niestety mają z Bułgarią mniejszy kontakt niż ja w ich wieku
– opowiada. – Nie nauczyłam ich bułgarskiego, mam z tego powodu wyrzuty sumienia.

Babcia już nie żyje, a mama wyjechała do Niemiec. Czasami jeździmy do Bułgarii na wakacje, ale dla nich to jeden z krajów, które odwiedzamy. Nie mają poczucia, że pochodzą także stamtąd. Chciałam to zmienić, opowiedzieć im o naszych korzeniach, o moim dzieciństwie, zostawić przepisy kulinarne.
Wiedziałam, że muszę to zapisać, żeby nie znikło.
Tak powstała książka „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Ałbena nie zamierzała wysyłać jej do wydawnictwa. Chciała tylko, żeby wyglądała jak prawdziwa książka. Poprosiła znajomego, który pracował w wydawnictwie technicznym, żeby ładnie poskładał tekst, stare zdjęcia i wydrukował w 10 egzemplarzach, po jednym dla Juliana, Alinki i najmłodszego Frania oraz dla najbliższej rodziny.
Znajomy przeczytał tekst i zadzwonił, krzycząc z entuzjazmem: „To jest naprawdę świetne, musisz to wydać!”. Ałbena wysłała więc książkę do kilku wydawnictw. Okazało się, że są nią bardzo zainteresowane.

Kasia Majgier też nie dowierzała, że to, co pisze, może się spodobać. Publikowała artykuły prasowe, internetowe, naukowe. Książka była jednak czymś innym, zupełnie niewyobrażalnym.

– Napisałam kilkadziesiąt stron powieści „Amelka” i wysłałam do wydawnictwa, które poszukiwało książek dla dzieci – wspomina.
– Na wypadek gdyby była to kompletna porażka, podpisałam się innym nazwiskiem. Mail trafił do znajomej,
która właśnie zaczęła pracować w tym wydawnictwie.
Poprosiła o dalszy ciąg, potem zaproponowała wydanie książki.
– Dopiero przy podpisaniu umowy ujawniłam, kim jestem – opowiada Kasia. A „Amelka” poradziła sobie znakomicie, dostała nagrodę im. Kornela Makuszyńskiego, otwierając Kasi kolejne drzwi.

W porównaniu z Ałbeną i Kasią byłam dość zdeterminowana, by zarabiać na życie pisaniem. I dosyć bezczelna w dążeniu do celu. A także miałam ogromne szczęście do ludzi.
Na pierwszym roku studiów poszłam do redakcji „Sztandaru Młodych” po materiały potrzebne na egzamin – i zostałam tam na prawie cztery lata. Pracowałam w dziale miejskim, robiłam wywiady i reportaże, pisałam też do wydań specjalnych opowiadania o miłości. I jednocześnie cały czas kombinowałam, jak wydać książkę. Był początek lat 90., wszyscy zaczytywali się w norweskiej „Sadze o ludziach lodu”. Jej polska wydawczyni powiedziała w jednym z wywiadów, że marzy o tym, żeby polski
autor zaproponował jej taką historię, w naszych realiach.
Wysłałam do niej faks: „Tu jestem!”. A ona zaprosiła mnie, absolutną debiutantkę – miałam niewiele ponad 20 lat – do współpracy.
Trafiłam pod opiekę najlepszych redaktorów, specjalistów,
którzy opowiedzieli o kulisach pracy nad sagą. Napisałam
trzy tomy. Nigdy się nie ukazały, ale nauczyłam się wiele o pracy z tekstem, tworzeniu fabuły, bohaterów, pisaniu dialogów. I o tym, że ważniejsze od weny są dyscyplina i pracowitość.

– Wena? Nie mam – śmieje się Ałbena. – Zresztą, co tam wena, ja nie mam nawet biurka! Pracuję na laptopie, który mogę zabrać ze sobą wszędzie.
Nie znoszę do domu setek książek, nie wieszam też na ścianach karteczek z notatkami. Mogę pisać sagę na desce do krojenia chleba. Wykorzystuję każdą wolną chwilę, kiedy dzieci nie ma w domu.

Gdy wracają ze szkoły albo z uczelni, chcę być cała dla nich i z nimi.
„Stulecie Winnych” Ałbena napisała w kuchni.

Bardzo lubi pracować na starym stole, po dziadku. Dom, w którym mieszka w Brwinowie, zbudowała na ziemi, która należała do niego.
Czuje się związana z tym miejscem i to właśnie Brwinów zainspirował ją do napisania historii rodziny Winnych.

– Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej, kocham swój dom i ogród, ozdabiam go, ciągle zmieniam. Poświęcam na to wiele czasu, bo dom to magiczne miejsce, a nie tylko sypialnia . Właśnie skończyłam zmiany w kuchni, jest teraz piękna, jasna i nie mogę się doczekać, aż w niej posprzątam i usiądę do pracy.

Kasia Majgier również nie czeka na wenę, lecz pisze wtedy, gdy ma chwilę czasu. W przeciwieństwie do Ałbeny zawsze w tym samym miejscu – przy biurku, na komputerze stacjonarnym, ale poniekąd też w kuchni.

– Połączyliśmy duży pokój, w którym pracujemy, z kuchnią i tak powstała nasza „biurokuchnia”. Trudno ją nazwać „salonem”, bo nie ma tu nawet kanapy, ale można pracować, pilnując potraw w piekarniku, no i mam swoje „ergonomiczne stanowisko pracy”– opowiada. – Spędzam tyle czasu przed komputerem, że gdybym siedziała z laptopem na kanapie, chyba nie miałabym już kręgosłupa.
Ja wtedy patrzę krytycznie na swój kącik pracy. Może czas, po trzydziestu latach, zainwestować we własne biurko? Jego funkcję spełnia u mnie trójkątny stoliczek do kawy, na którym stawiam laptopa. Pracuję na kanapie, obłożona
książkami i notesami, zawsze z włączonym telewizorem. To pozostałość po pracy w gazecie codziennej: muszę być na bieżąco, muszę wiedzieć, co się dzieje. Kanał informacyjny bombarduje
mnie newsami, od świtu do nocy. Zdradzam go tylko dla sportu – meczu, olimpiady, mistrzostw świata w czymkolwiek…
Jestem kibicem wszystkiego poza curlingiem. Uwielbiam
patrzeć na maratończyków, kolarzy, piłkarzy, pływaków.

– O nie, żadnej telewizji! – protestuje Kasia.
– Lubię pracować w ciszy i skupieniu. Ale często robię szybkie notatki w biegu, gdy trafiam na coś, co może się przydać do książki – mówi. Tym bardziej, że w swoich powieściach, m.in. w trylogii „Kuchennymi drzwiami”, sięga do historii i zbieranie materiału zajmuje jej często więcej czasu niż samo pisanie. – Uwielbiam czytać stare poradniki i gazety – opowiada.

– Inspirują mnie nawet ogłoszenia drobne, dają wyobrażenie o tym, o tym, jak żyli ludzie przed laty, co jedli, jak się ubierali i mieszkali, co czytali i jakiej słuchali
muzyki, czym się emocjonowali.

– Ja też w kółko czegoś szukam, coś sprawdzam – mówi
Ałbena. Czasami ma to dość nieoczekiwane skutki. Do jednej z książek szukała informacji, od kiedy zaczęto wszywać alkoholikom esperal. Znalazła datę… i przez kolejne miesiące internet podsuwał jej propozycje leczenia w ośrodku zamkniętym, spotkań z terapeutą albo… kupienia alkoholu.

Cała nasza trójka dość długo próbowała łączyć pisanie książek z pracą na etacie. Kasia prowadziła też firmę wspólnie z mężem. Dziś jej główne zajęcie to pisanie – ale wciąż zdarza jej się przygotowywać artykuły, robić zdjęcia, prowadzić warsztaty dziennikarskie, pisarskie, a nawet plastyczne.

– Ludzie, jeśli muszą zacisnąć pasa, na początek „obcinają” kulturę – mówi. – Trzeba mieć coś w zanadrzu.

Ałbena traktowała pisanie jako sympatyczne hobby przez kilka lat, aż do premiery „Stulecia Winnych”. – Prawdziwe życie to byli pacjenci i moje dzieci. Dopiero kiedy pojawiły się wywiady, spotkania autorskie, pierwsze pomysły na sfilmowanie
sagi, ale też umowy na kolejne książki, które dopiero miałam napisać, okazało się, że muszę podjąć decyzję, co będzie moim głównym zawodem.
Zrezygnowała z pracy w szpitalu, choć wciąż przyjmuje pacjentów w przychodni i jest sekretarzem Polskiego Towarzystwa Epileptologicznego. A o historii polskiej medycyny pisze teraz w serii „Uczniowie Hippokratesa”. – Czas nie jest z gumy, a ja przede wszystkim jestem mamą, która musi ogarnąć codzienną logistykę: wożenie oraz dbanie o dom. Kiedy podejmowałam decyzję, moje dzieci były młodsze niż są teraz.
Mieszkając pod Warszawą, byłam przede wszystkim kierowcą…
Nie wyobrażam sobie, żebym powiedziała Julianowi, Alince czy Franiowi „Nie będziesz tańczyć czy uczyć się języka, bo mama robi karierę”.
Obowiązki domowe to dla każdej z nas sprawa najwyższej wagi. Wszystkie lubimy gotować i wzbraniamy się przed karmieniem rodziny gotowymi daniami, odgrzewanymi
w mikrofalówce, z powodu tak „błahego” jak premiera kolejnej książki czy korekta autorska, którą trzeba zrobić „na wczoraj”.
Najwyżej nie dośpimy, ale na stole musi być prawdziwy, świeży obiad.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.